Inwokacja dla władcy. Imperatywy, organiczność, wenalia
Każdy, kto „ma na głowie” zarządzanie ludźmi bezpośrednio albo w ramach jakiejś struktury – prędzej czy później zastanawia się nad tym, czy jest jakiś sposób na to, by rozmaite zbiorowości zachowywały się sprawnie i jednomyślnie jak ławica, klucz ptasi, mrowisko, stado, a przynajmniej jak zgrana, wypróbowana armia.
Podpowiem: nie ma i raczej nie będzie.
Spróbujmy od rozpoznania, co to jest organizm. Anatomia człowieka podpowiada nam współ-istnienie kilkudziesięciu tzw. układów, formuł i cykli, z których najbardziej elementarne to: kostno-szkieletowego, mięśni siłowych, pokarmowego, wydalniczego, oddechowego, nerwowego, krwionośnego, limfatycznego, rozrodczego, płciowego, dokrewnego, moczowego, immunologicznego, skórnego, zmysłów, tkanek, formuła wzrostu, cykl starzenia się – ale są też układy związane z kondycją psychiczną (opisywane przez rozmaite teorie osobowości) i ze skłonnością do uspołecznienia, a także konstytuanta genetyczna czy patologie (krótkotrwałe choroby albo trwałe inwalidztwo, np. hemofilia).
Aby taki zestaw był organizmem (komplementarną całością zdolną do życia, czyli metabolizmu, prokreacji , biopolityki), musi się taka „całość syndromatyczna”[1] zaprogramować na dodatni bilans między dwoma imperatywami[2]:
- Imperatyw Spójności spaja poszczególne układy, formuły, cykle w taki sposób, że w dowolnej konstelacji, w dowolnej perspektywie są one dla siebie komplementarne, wzajemnie się dopełniają i wzmacniają;
- Imperatyw Postępu wprowadza do układów, formuł i cykli element ewolucyjny: różnicuje je, mutuje, wariantuje, a następnie wyważając ich zalety i wady (np. adaptacyjne) stawia na jedne, eliminuje (porzuca) inne;
Wszystko co powyżej – dotyczy również zbiorowości, grup, wspólnot, społeczności, społeczeństwa. Mam przekonanie, że dla rozmaitych konkretnych przypadków mamy do czynienia z czterema przypadkami:
Oba imperatywy słabe (mało aktywne): taki stan czyni nasz komplementarny zestaw „wyciszonym”, ale jednocześnie podatnym nawet na niewielkie zmiany otoczenia, które mogą mu służyć albo go stosunkowo łatwo unicestwić.
Oba imperatywy silne (aktywne): ten stan uodpornia na czynniki zewnętrzne, ale również utrudnia, czyni nieprzewidywalnym relacje między imperatywami, co może oznaczać burzliwy rozwój albo stabilną stagnację przetrwalnikową.
Duża przewaga spójności: taki stan pozwala rozwijać się powoli, za to konsekwentnie, niczym rafa koralowa, daje odporność na choroby, katastrofy, wojny, epidemie, ale czyni całość bezwładną, nieruchawą, mało dynamiczną.
Duża przewaga dyferencyjności: taki stan powoduje ustawiczny ruch graniczący z chaosem (ruch rozumiany jako feerię przemian i przeistoczeń oraz przemieszczeń w ramach całości syndromatycznej, a jednocześnie „probabilistyczny”[3] progres;
Organizm powstaje wtedy, kiedy nastąpi korzystna modyfikacja czwartego stanu i utrwali się NIEWIELKA PRZEWAGA DYFERENCYJNOŚCI: wtedy maleją ryzyka wynikające z chaotyczności”, postęp staje się niewrażliwy probabilistycznie.
Kiedy zatem obserwujemy sportowca czy nędzarza – to obaj mają mniejsze szanse na harmonijny rozwój od przeciętnego osobnika prowadzącego zdrowy, higieniczny pod każdym względem tryb życia.
* * *
Zarówno człowiek jako osoba, jak też jego rozmaite związki (wspólnoty, grupy, społeczności, zbiorowości) wyposażone są w Weny serwowane przez Uniwersum. Wenę można przyrównać do „oprogramowania systemowego” komputerów. „Zalega” ona w trzewiach osobowości człowieka (niedostępnych nawet dla psychiatrów) i w „naturze” kultur, cywilizacji, dającej się ogarnąć jedynie pozarozumowo (instynkt, intuicja, emocje).
Wyróżniam cztery podstawowe Weny:
Pleroma – programująca imperatywy na samodoskonalenie się człowieka i doskonalenie przezeń wszystkiego wokół (cechuje ona techniczną ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego).
Ubuntu – programująca imperatywy na współbycie: jestem – bo jestem razem z innymi (cechuje ona wegetarną ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego).
Satya – programująca imperatywy na „zanurzenie” się w prawdzie (uniwersalnej), dociekanie istoty wszystkiego (cechuje ona duchową ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego).
Baatur – programująca imperatywy na poszukiwanie w sobie lub wokół siebie dzielności zdolnej do opieki (cechuje ona pionierską ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego).
Podkreślmy jeszcze raz: aby rządca jakiejś nawy publicznej osiągnął „efekt” stada, mrowiska, ławicy, klucza – nie musi ogłupiać, niewolić i de-obywatelizować, tym bardziej stosować siłowych czy mechanicznych rozwiązań „saceryzujących”[4]: wystarczy, by przyjął jako swoje – wenalne oprogramowanie społeczne właściwe dla miejsca, w którym funkcjonuje. I dbał wciąż od nowa o to, by zarządzać „organizmem”, a nie „masami”, „elektoratem”, itd., itp., dbając o zachowanie niewielkiej, ale „samonapędzającej” rozwój różnicy między imperatywem postępu i imperatywem spójności.
To zadanie wydaje się proste – ale wymaga kompetencji, by władca po prostu wiedział, co robi i gdzie jest oraz po co.
[1] Syndrom definiuję za kolejny element ciągu suma-iloczyn-potęga, a Anadrom – ciągu różnica-iloraz-pierwiastek. Zamiast dodawania-odejmowania, mnożenia-dzielenia, potęgowania-pierwiastkowania, wprowadzam tu pojęcie składania logistycznego (dopasowywania). Np. samochód jest tylko wtedy samochodem, jeśli dopasowane zostaną odpowiednie jego części (nie jest samochód ani prostą sumą, ani iloczynem, ani potęgą części);
[2] Imperatyw – (łac. imperativus – rozkazujący) – nakaz, reguła, zasada, która nie podlega dyskusji i którą można bezpośrednio wywieść z założeń teoretycznych. Imperatyw może mieć charakter zasady moralnej, artystycznej lub ideowej, a na poziomie biologicznym może oznaczać „prawa biologiczne”, „reguły życia”;
[3] Postęp jest tu uwarunkowany rachunkiem prawdopodobieństwa właśnie ze względu na dużą przewagę dynamiki, niosącą ryzyko „niedopasowań”;
[4] Patrz: l’uomo senza contenuto, homo sacer;