Ktokolwiek chce…
Właśnie mamy relacje mediów o tym, że ukarano grzywną faceta, który do czapki zebrał ponad 200 złotych, kiedy zebrani wpadli na pomysł, że trzeba coś tam kupić na wspólne potrzeby.
Bo była to „nielegalna zbiórka publiczna”.
Piwosze, którzy dadzą po dychu najmłodszemu wysyłając go do baru, narażają go na grzywnę kilkaset złotych. Sąsiedzi, którzy dają po dwie dychy i wysyłają najbardziej zaufanego, by zrobił zakupy obłożnie chorej z II piętra – mogą się go nie doczekać, bo zgarnie go patrol.
Sędzia – nie bójmy się tego słowa: głupek i buc, niedouk z teorii prawa – miał do wyboru paragraf o naruszeniu prawa i paragraf o znikomej szkodliwości społecznej (tu nawet była społeczna przydatność, potwierdzenie zdolności samo-organizacyjnych wspólnoty). Teoretycy ustroju zaś – niech dalej rozprawiają o tym, jak wspaniale jest w naszej transformacyjno-modernizacyjnej Polsce, samorządność ma szerokie pole do popisu…!
Podobno o tej zbiórce doniósł jakiś pod-urzędnik obecny na tym zebraniu. Zebrani-składkowicze zaś do tego stopnia nie poczuwali się do jakiejkolwiek winy, że potwierdzili donos. Naiwni wyznawcy demokracji lokalnej!
Ale nadal są tacy, którzy mówią, że u nas jest lepiej niż u Łukaszenki…